Prolog. Toniesz, Kakashi

Coś ryknęło.
Poderwał głowę, łapczywie łykając powietrze podobnie do jednego z tych wadliwie zaprogramowanych androidów sekcji NW-360. Miał wrażenie, że płuca wypełniła mu woda, jednak gardło było suche i ściśnięte, jakby nie pił nic od tygodni. Tył głowy łupał paraliżującym bólem gorszym od tego, gdy w czasie Trzeciej Wielkiej Wojny próbowali rozłupać mu czaszkę kolbą karabinu.  
Czekał. Wszystkie myśli ulatywały z niego, nim zdążył złożyć je w logiczną całość. Szukał jakichkolwiek wskazówek. Czegoś, co pomogłoby mu ustalić gdzie był i co właściwie się stało. Chciał odzyskać choć część wspomnień, ale nie potrafił się skupić. Jego głowę wypełniało jedynie huczenie oraz chrapliwy, nierówny oddech kogoś, kto walczył o swoje ostatnie chwile na tym świecie. 
Obito.
Próbował się odezwać, w efekcie czego zaniósł się kaszlem. Usta momentalnie wypełniła mu krew. Jednym ruchem zsunął maskę z twarzy i splunął. Metaliczny posmak na języku zadziałał na niego jak impuls. Odetchnął głęboko. Powietrze było rześkie, a jednocześnie jakby najeżone milionem lodowych igieł. Siedział w kompletnych ciemnościach, czując chłód ciągnący od podłogi. Kiedy przejechał dłonią po płytach, jego palce ślizgały się po nienaturalnie gładkiej powierzchni, a on sam naraz poczuł niewysłowioną ulgę. Irytujące buczenie, które w pierwszym odruchu wziął za jeden ze skutków ciosu w głowę, okazało się znajomą piosenką pracujących maszyn. Chłodne powietrze było zasługą jednego z najnowszych klimatyzatorów. Nikt też nie wydawał ostatniego tchnienia – to tylko androidy pogrążone w głębokim śnie.
Wstał zbyt energicznie, opierając ciężar ciała na lewej nodze. Chrupnęło tylko i z głuchym łoskotem upadł na kolana. Zacisnął dłonie w pięści. Oczy zaszły mu łzami. Naraz sam stał się dezaktywowaną maszyną. Skulony. Bez życia.
– Wstawaj – warknął do siebie przez zaciśnięte zęby. – No wstawaj. 
Tym razem ostrożniej dźwignął się z podłogi. Był jak kulawy ślepiec bez laski. Za każdym razem gdy musiał poruszyć lewą nogą, wstrzymywał oddech. Z wyciągniętymi rękami, torował sobie drogę, w myślach odtwarzając plan fabryki. Prosty korytarz biegnący od ściany do ściany, a na każdej z nich niewielki przycisk zapalający światła. Po bokach za to rozciągały się rzędy komórek z uśpionymi w środku kawałkami metalu, złożonymi w całość na śmieszną podobiznę ludzkiej istoty.
Powoli i metodycznie stawiał kolejne kroki. Prawa noga, a potem lewa. Prawa i lewa. Prawa. Prawa. Prawa… 
Gdy napotkał znajomy chłód metalu, pozwolił sobie na chwilę odpoczynku. Oparł spocony policzek o ścianę. Jego oddech przeszedł w zduszony niemal zwierzęcy jęk. Każda niemiłosiernie długa chwila owocowała nową eksplozją bólu, na jaką żaden trening nie był w stanie go przygotować.
Nie potrafił ustalić jak długo leżał nieprzytomny, jak długo szedł, jak długo odpoczywał. Zrobił dwa kroki czy dwieście? W tych ciemnościach nawet czas przestawał istnieć. Teraz i tak nie miało to znaczenia. Musiał tylko odnaleźć jeden guzik. Jeden. Powinien być gdzieś tutaj, na wysokości jego nosa. Sunął dłonią wzdłuż ściany, w napięciu czekając aż poczuje jakiekolwiek wybrzuszenie. Kiedy w końcu napotkał znajomy kształt, coś ścisnęło go w brzuchu.
Nie zapalaj, zadudniło w jego głowie, ale było już za późno. 
Wolną dłonią osłonił twarz i wcisnął przycisk, który z cichym kliknięciem wszedł na swoje miejsce.
Nagle całe pomieszczenie ożyło wraz z brzęczeniem tysięcy żarówek zbudzonych niczym rój rozwścieczonych pszczół. 
Gdy zdecydował się otworzyć oczy, patrzył na wszystko przez gęstą mgłę. Znał to miejsce. Lśniące płytki ciągnące się nieskończoną białą linią nadal były dla niego drogą z bajki, którą oglądał kiedyś – w innym życiu – ze swoim ojcem. Niezliczone, podświetlane kabiny, ustawione w schludnych rzędach, przypominały zamrażarki w lodziarni. Halogenowe lampy zamieniły sufit w słońce o kształcie kwadratu, a opalizujące na niebiesko ściany przypominały plastelinę: giętką i podatną na każdy dotyk. Mimo tego nie mógł oprzeć się wrażeniu, że oglądał nieostry film nagrany amatorską ręką. Wszystko wyglądało jak pod wodą. Brakowało konturów. Brakowało realności. 
Odbił się od ściany i ruszył w prawo. Gdzieś tam, między szczelnie zamkniętymi fantazjami tysięcy ludzi, ukryta była winda. Zabrałaby go na najwyższe piętro, a stamtąd wybrałby wąski korytarz z lewej strony i poszedł prosto do oddziału szpitalnego. 
Dwie pierwsze komórki minął nie zaszczyciwszy ich nawet spojrzeniem. Stanął, dopiero gdy ciemne drzwi – tak nie pasujące do reszty tego przejaskrawionego pomieszczenia – znalazły się w zaciągu wzroku, uświadomiwszy sobie, że jeszcze nigdy nie widział androida świeżo po złożeniu. 
Chwiejnym krokiem lunatyka zbliżył się do najbliższej kabiny. Ktoś wyłączył wszystkie osłony i teraz widział ją w całej okazałości. Stała przed nim masywna i ogromna jak bogini z mitów, o których wszyscy dawno zapomnieli; zbyt wysoka, by zobaczyć jej twarz bez unoszenia głowy. Idealna, a jednak karykaturalna. Biodra były nieproporcjonalnie szerokie w porównaniu do krótkich nóg przypominających patyczki po lizakach, a wąska talia niemal mieściła się w jego dłoni. Idealnie okrągłe piersi wyglądały jak dwie plażowe piłki wszczepione pod skórę.
Nieaktywne osłony same zachęcały, by chwycił jej bezwładną rękę. W dotyku przypominała tanie lateksowe materace: elastyczna, a jednocześnie zimna i chropowata.  Mógł wyczuć twardy, metalowy szkielet ukryty w środku. 
Uniósł głowę, przekonany, że zobaczy tę samą twarz co zawsze. Nie mógł się bardziej pomylić. 
Nie miała twarzy. Zamiast tego jej szyję pochłaniała powiększona do monstrualnych rozmiarów głowa maskotki. Długie królicze uszy, pokryte bladoróżowym pluszem, sterczały jak anteny zgięte nieznacznie w przód. Oczy i nos zastąpiono błyszczącymi guzikami czarnymi jak węgiel, swoimi kształtami przypominały serduszka. Tam, gdzie powinny znajdować się usta ziała okrągła dziura wypełniona czymś, co przypominało tysiące drobnych języczków. Nie było zębów. 
Usłyszał kroki. Rytmiczne i pośpieszne. Obserwował jak zbliżał się do niego karykaturalny człowieczek o cienkich ramionach tak długich, że niemal dotykały podłogi. Chciał się odezwać. Poprosić o pomoc. W głowie składał gotowe zdania, ale z jego ust wydobywał się jedynie niezrozumiały bełkot i krwawa plwocina.
Ktoś chwycił go za rękę. To ludzko-zwierzęcy android, którego oczy nie był już matowe i martwe. Błyszczały jasno. Czerwone ostrzeżenie. Próbował się wyrwać, ale nogi miał ciężkie jak z kamienia. Dopiero teraz zauważył, że to nie człowiek biegł mu na spotkanie, a coś zdecydowanie mniej ludzkiego. Składało się z samych długich i prostych linii cienkich jak palec. Głowę miało okrągłą. Na śnieżnobiałym obliczu odznaczały się krwawe rumieńce. A oczy… Oczy były ludzkie. 
Marionetka.
Wbiegła w niego, a ostre jak brzytwa ramiona rozcięły jego brzuch jakby był zrobiony z papieru. 
Nie bolało, gdy marionetka miażdżyła jego organy, wciskając się coraz głębiej. Do środka. 
Upadał. A kiedy jego głowa uderzyła o podłogę, zobaczył, że wśród lamp rozłożył się biały lew. Grzywę miał jak utkaną z płomieni, a w granatowych oczach błyszczały gwiazdy.
– Dlaczego nie uciekłeś do windy? – ryknął lew i były to ostatnie słowa, jakie Kakashi usłyszał. 


Nie wiem co powinnam powiedzieć. Początki zawsze są takie... dziwne. Ta daa? 
Próbuję kolejny raz wystukać coś o Kakashim, bo wiem, że jeśli tego nie zrobię, to będzie mi z tym źle. Tym razem pofolgowałam mojej wyobraźni i pomysły zalewają mnie szybciej, niż jestem w stanie jej spisywać. To takie... ekscytujące. Chcę dokończyć tę historię nie tyle dla siebie, co dla Kakashiego. Jemu też się jakieś opka należą. 
Jakieś pytania? Uwagi? Przekleństwa? Piszcie w komentarzach, przyjmę wszystko! :3